Etap Kamień - Ruciane-Nida

ETAP 9 – Kamień - Ruciane

 

            Z Kamienia dobrze jest wyruszyć nieco wcześniej, tak aby bez kłopotu przepłynąć blisko 10 – cio kilometrowy odcinek Bełdan i mieć zapas czasu na ewentualne, długie oczekiwanie przed śluzą w Guziance.

            Trasa jest nader urozmaicona. Płyniemy, mijając kolejne cyple i półwyspy na prawym brzegu Bełdan. Pięknie wyglądają jachty stojące w głębi Zatoki Lodowej i czerwone dachy przystani w Wygrynych. Piękne są żaglówki idące z pełnym ożaglowaniem. Ale nie zazdrośćcie dumnym kapitanom tych luksusowych jachtów wartych kilkadziesiąt, czy kilkaset tysięcy złotych. Oni nigdy nie zobaczą i nie doświadczą tego, co Wy widzieliście i przeżyliście na szlaku Krutyni.

            Jeziora są pięknie i tylko żal, że to już końcówka spływu i że zamiast podziwiać widoki trzeba uważać na przelatujące obok skutery wodne i szybkie motorówki. Przepływające, nawet w pewnej odległości statki, też tworzą potężny kilwater. Idąca od nich fala potrafi solidnie zakołysać, a gdy źle się ustawi to i parę litrów wody może się wlać do kajaka. Pamiętajcie, że najlepiej skierować dziób łodzi pod kątem ~ 60 º do czoła fali!

            Na ewentualny odpoczynek najlepsza jest zawietrzna strona licznych cypli. Po wylądowaniu pamiętajcie, aby wyciągnąć kajaki na brzeg, ponieważ pozostawione luźno na wodzie z pewnością zostaną zalane przez każdą, większą falę lub po prostu odpłyną!.

            Śluza w Guziance jest niewątpliwie wielką atrakcją. Bądź co bądź, musicie podnieść się o

~ 2 metry! Po wejściu do komory, starajcie się zacumować, tzn. chwycić się za zwisające z boków liny, możliwie w przedniej części śluzy. Prąd wody, który powstaje podczas napełniania komory spycha wszystkie jednostki do tyłu, a nie jest zbyt miło, gdy zostaniecie przyciśnięci przez jakiś duży jacht.       

            Powoli zamykają się tylnie wrota, szum silników i przed nami wytryskują dwa potężne gejzery brązowej wody. Cała zawartość śluzy: nasze kajaki, jachty, kilka gałęzi, zdechła ryba, i wirujące śmieci, jedziemy do góry. Napływ wody jest coraz większy, coraz wyższe są fale, coraz więcej jest brunatnej piany, która zaczyna wdzierać się do kajaków. Na szczęście osiągnęliśmy już górny poziom, zaznaczony ciemną pręgą na ścianie śluzy. Wszystko się uspokaja, cichnie i po chwili otwierają się przednie wrota, - wypływamy.

            Każdorazowo, po wyjściu z tej śluzy czuję się nieco zagubiony. Dobrze, że dalsze przejście przez Guzianki jest solidnie oznakowane. Być może przyczyną mojej niepewności są stare wspomnienia, gdy w latach 70 – tych, wraz z nami śluzowały się tratwy płynące do pobliskiego tartaku. Wszystkie jeziorne zatoki i zatoczki wypełniały wtedy płaty powiązanych i luźnych pni, a jedynie na środku trasy pozostawiono wolny tor. Nawet płynąc tym torem, trzeba było bardzo uważać, bowiem niekiedy, tuż pod powierzchnią wody unosiły się zagubione kłody. Wraz ze wspomnieniami napływają specyficzne zapachy: mokrego drewna, sosnowej żywicy, woń trocin leżących w ogromnych stertach i dymu unoszącego się z tartacznego komina. I to wszystko zmieszane z zapachami jeziora, wodnych roślin i nadbrzeżnych łąk. Rozmarzyłem się, - przepraszam. Te wspomnienia niekiedy są tak żywe, że wydaje mi się, iż w tej chwili słyszę plusk fal o burtę kajaka – a to tylko deszcz za oknem.

            Mijamy zabudowania dawno już nieczynnego tartaku, pierwsze domostwa Rucianego, potem przystań jachtowa, port Żeglugi Mazurskiej, dwa mosty i wpływamy na jezioro Nidzkie. Mamy jeszcze sporo czasu, więc wiosłujemy powoli, aby nasycić się urokami Mazur.  

            Jezioro, w tej przedwieczornej godzinie jest piękne. Słońce schowało się za wysokim prawym brzegiem i tylko jasno oświetlone szczyty sosen i warstwa różowych obłoków przypominają o niedawnym upale. Nad głowami, ze świstem skrzydeł przelatuje stado kaczek i ląduje w pełnej rzęsy zatoczce. Na brzegu ktoś rozpalił ognisko i dym powoli snuje się nad wodą. Żaglówki, korzystają z ostatnich podmuchów wiatru, ich załogi coś do nas pokrzykują i łaskawie pozwalają się wyprzedzić. Ale już nie trzeba wyprzedzać, bowiem widać pomost stanicy, widać nadbrzeżną tawernę. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i skręcamy w prawo, w wąską zatokę, a właściwie ujście rzeczki. Lądujemy, i to już koniec spływu. No może nie całkiem, bo przecież musimy złożyć na skarpie kajaki, przekazać wiosła i kapoki do magazynu i zjeść ostatnią wspólną kolację a jutro ostatnie śniadanie i ……DO ZOBACZENIA  - na następnym szlaku.

            Tak to Karolku wygląda spływ po Krutyni. Mam nadzieję, że ten, - przepraszam, że tak długi opis, pomoże Wam w trakcie imprezy. Koniecznie napisz o tym jak Wam się wiodło i co przeoczyłem lub zapomniałem

            Twój przyjaciel Tadeusz.

 

Krutynia etap Kamień - Ruciane-Nida