Etap Krutyń - Ukta

ETAP 6 –Krutyń – Ukta

 

Gdy rankiem wystartujecie ze stanicy, czeka was 14 kilometrowy, wyłącznie rzeczny odcinek z możliwością dodatkowej 4 kilometrowej, wycieczki do klasztoru starowierców oraz przenoski obok młyna.

Gdy miniemy betonowy most rzeka zmienia swój charakter, już nie pieni się, pędząc z pluskiem wśród kamieni, a rozlewa się w coraz szerszym i głębszym korycie. To widoczny wpływ młyna wodnego w Zielonym Lasku. Mijamy drugi most i powoli wpływamy na młyńskie rozlewisko. Gdy nie mamy ochoty przenosić naszych łodzi i bagaży możemy skorzystać z usług młodzieżowej brygady wózkarzy. Osobiście zalecam trochę gimnastyki przy transportowaniu, tym bardziej, że możemy przy okazji zwiedzić młyn. A jest to prawdopodobnie jeden z najstarszych młynów wodnych na terenie Mazur. Dokładny opis tego zabytku techniki młynarskiej wymagałby wielodniowych oględzin i co najmniej kilkudziesięciu stron maszynopisu, więc ograniczę się jedynie do najciekawszych informacji. Mam nadzieję, że pan młynarz wybaczy mi niefrasobliwość w nazewnictwie i opisach – robię to w dobrej wierze, takie bowiem, po kilku pobytach utrwaliły się w mej pamięci.

Obecnie we młynie, tak jak i przed wojną, przez prawie cały rok pracuje turbina wodna napędzająca generator, który dostarcza prąd do krajowej sieci energetycznej.

Jeszcze parę lat temu młyn działał przerabiając zboże miejscowych rolników na śrutę, a niekiedy i pośledniejsze gatunki mąki. Obecnie, zapewne nie wytrzymując konkurencji nowoczesnych młynów, powoli niszczeje i podupada.

 Wchodzę po rampie, podaję rękę młynarzowi. To mój znajomy, od kilkunastu lat odwiedzam go w trakcie spływów. Za każdym razem, gdy przekraczam próg mam wrażenie, że jakimś cudownym sposobem cofam się w czasie, co najmniej do okresu dzieciństwa – nie, nie mojego, raczej mego Taty, a może nawet Dziadka.

Na parterze stoją rzędem maszyny młyńskie, najstarsza z nich, marki Bühler pochodzi z początku ubiegłego wieku. Obok znajdują się jej nieco młodsze siostry.

Gdy młynarz na chwilę przełącza napęd z turbiny na główny silnik cały młyn nagle ożywa. Zgrzytliwy jazgot walców (mlewników) nakłada się na rytmiczne mlaskanie pasów transmisyjnych. Ich szare wstęgi schodzą w dół od zamocowanego pod sufitem wału napędowego. Stukają zapinkami, wibrują na wyślizganych do połysku kołach, z piskiem trą o osłony. Z rozmieszczonych w kilkumetrowych odstępach drewnianych słupów też dobiega dziwny szurgot. To, wbrew pozorem nie są filary podtrzymujące strop, to obudowy przenośników kubełkowych. Wystarczy uchylić pokrywę wziernika, aby zobaczyć metalowe miseczki pędzące do góry z porcjami zboża lub wstępnie przemielonej mąki. Cóż jeszcze można zobaczyć na parterze? Jest specjalna waga z nader pomysłowym licznikiem. Tuż przy wejściu, potężny agregat spalinowy, który w przypadku awarii turbiny wodnej mógł ongiś napędzać urządzenia młyńskie. W kącie, oparty o ścianę, rozpiera się oryginalny kamień młyński. Jest ogromny, ma chyba ponad półtora metra średnicy. Na jego przykurzonej, szorstkiej powierzchni widać liczne szczerby i pęknięcia. To ślady wielu lat pracy i tysięcy przemielonych worków zboża. Teraz jest na zasłużonej emeryturze, ale nadal wygląda imponująco.

Gdy skieruję się na lewo to po stromych, metalowych schodkach zejdę do pomieszczenia turbiny. Nad podłogą wystaje zaledwie górna część wału z wirującym kołem napędzającym generator. Widać jeszcze mechanizm ręcznego i automatycznego sterowania łopatek, przewody elektryczne i szafę z aparaturą pomiarową. Turbina wraz z obudową ukryta jest pod posadzką. Na jej, skośnie ustawione łopatki spada strumień wody wprawiając ją w ruch wirowy. Odpowiednia regulacja kąta ustawienia łopatek zapewnia jednostajny bieg generatora, a co za tym idzie stałe parametry wytwarzanej energii elektrycznej. Zbyt szczegółowo rozpisałem się o tej turbinie, a przecież są jeszcze dwie wyższe kondygnacje młyna i na każdej z nich znajdują się nader interesujące urządzenia.

Włażę po schodach na pierwsze piętro. Jest tu znacznie ciszej i spokojniej. Na środku pomieszczenia znajdują się zasobniki pośrednie, część separatorów, pod ścianami leżą jakieś części zamienne i sterta worków. Poruszają się jedynie długie pasy transmisji, przechodzące przez otwory w suficie na wyższą kondygnację. Właśnie stamtąd, z góry dobiega rytmiczny łomot, od którego trzęsie się strop, a przez szpary sypie mączny pył.

Znów schodami do góry, wprost w ten tumult i zgiełk. Na wprost przede mną, w jakimś opętańczym tańcu, kiwają się ogromne, drewniane skrzynie. To z ich wnętrza dobiega ten głuchy łoskot. Zaraz obok stoi szafa, z której co jakiś czas słychać dziwne trzaski. Jeszcze do tego hałas wentylatora, szurgot przenośników, metaliczny łomot oczyszczacza. Czuję się ogłuszony, w nosie wierci pył, muszę uważać na pędzące obok pasy. O robieniu zdjęć nie ma mowy, wszystko trzęsie się, a w powietrzu pełno mąki. Kicham i nagle wszystko cichnie, zwalnia i staje nieruchomo. Jeszcze jęczy rozpędzony wentylator, ale i on po jakimś czasie milknie i tylko zza otwartego okna, dobiega szum wodospadu i odgłosy turystów. Zaniepokojony schodzę na dół. Jak się okazuje skończyło się pokaz i młynarz wyłączył główny silnik. Teraz mogę wrócić, zrobić parę zdjęć i dokładnie obejrzeć urządzenia najwyższego piętra. „Tańczące” skrzynie to zestawy sit sortujących zmielone zboże. Każde sito składa się z prostokątnej ramki z naciągniętą wewnątrz jedwabną siatką. Gęstość tej siatki decyduje o klasie uzyskiwanej mąki. Aby mączny pył nie zaklejał oczek, pomiędzy warstwami siatek przesuwają się specjalne szczotki. Każda z nich ma jedną stronę pokrytą twardym, końskim włosiem, drugą zaś miękką białą sierścią. Młynarz mówi, że ta sierść pochodzi z koziej brody, na pewno żartuje, ale kto wie, jest taka delikatna. Stukająca szafa to coś w rodzaju odkurzacza, w którym pomysłowy automat „otrzepuje” worki, w których zbiera się mączny pył.

Można by jeszcze napisać o urządzeniach, które oddzielają od ziarna kamienie i kawałki metalu, o maszynie do produkcji kaszy, o pomysłowym systemie rur transportowych i o wielu, wielu młyńskich ciekawostkach. Można też spróbować smaku otrąb i polizać roztartą w palcach grudkę mąki. Dopiero tu widać jak skomplikowana jest droga, na której ziarno zamienia się w kaszę lub mąkę. Szkoda, że tak wspaniały zabytek nie jest szerzej spopularyzowany!

Podziękujmy młynarzowi, ale zanim popłyniemy w dalszą drogę to jeszcze z zewnątrz popatrzmy na młyńską architekturę. Cała budowla z czerwonej cegły oparta jest na szkielecie z ciemnych, dębowych belek. To dzięki nim budynek, przez tyle dziesiątków lat, wytrzymuje ciągłą wibrację, wilgoć, mazurskie mrozy i upały. Przetrzymał dwie wojny, przetrwał okres gospodarki socjalistycznej i przy odpowiedniej konserwacji jeszcze długo może świadczyć o kunszcie dawnych budowniczych. Jeszcze rzućmy okiem na młyńskie kanały, zastawki i szybry regulujące ilość przepływającej wody. Gdy wychylimy się nieco nad barierką kanału zasilającego turbinę możemy wypatrzyć na jego ściankach jaskrawo zielone narośla. To są właśnie te gąbki, o których pisałem poprzednio. Drugie i ostatnie znane mi ich siedlisko jest zaraz za młynem, w zatoczce po lewej stronie. Gdy na wodzie nie unosi się zbyt wiele piany możemy dostrzec charakterystyczne, rogate kształty na korzeniach przybrzeżnych drzew.

Pora płynąć dalej. Czeka nas teraz nieco trudny odcinek, szczególnie kłopotliwy przy niskim poziomie wody. Rzeka rozlewa się szeroko na kamienistych płyciznach i trzeba kilkakrotnie wyskakiwać z łodzi, aby przeciągnąć ją przez żwirowe łachy. Tu nie ma dobrej drogi, bowiem jeśli nie kamienie to czarne pnie zwalonych drzew zmuszą nas do lawirowania, zapierania się wiosłami o dno, a w końcu i tak trzeba wyłazić z łodzi i udawać burłaka. Na szczęście to tylko kilkaset metrów, bowiem dalej nurt pogłębia się i wystarczy jedynie wypatrywać zawirowań na powierzchni wody, pod którymi kryją się podwodne głazy lub wykroty drzew.

Rzeka znów zmienia swój charakter. Na suchych, wyniosłych brzegach potężne dęby przeplatają się z grabami i wiązami. Podmokłe obszary porasta szara olcha i karłowate krzaczki brzóz. Na piaszczystych pagórkach królują pachnące żywicą sosny. Jesienią, kolorami ciemnego wina pysznią się owoce kaliny, ciężkie pomarańczowe grona jarzębin zwisają tuż nad wodą, a w nurcie płyną czerwone, dzikie jabłuszka. Warto popatrzeć też na pasma przybrzeżnych oczeretów, w ich zielonym gąszczu łatwo zobaczyć brązowe pałki tataraku, ale można też wypatrzyć kolczaste kule jeżogłówki lub długie szyszki nader rzadkiego kalmusa. W kępach osoki aleosowatej widać białe, zawieszone na niciach kule. To gniazda wodnych pająków. Jeśli uda się nam podpłynąć bliżej zobaczymy przyczajonego na liściu, ogromnego, jasno brązowego pająka pilnującego kłębiących się wewnątrz kuli pajączków.

Koryto rzeki kręci się, zawija, dzieli na odnogi rozcięte wysepkami, rozlewa na płyciznach lub niespodziewanie zwęża pomiędzy urwistymi skarpami. Co jakiś czas, na brzegu lub w nurcie widać potężne głazy z jasnymi opaskami mułu naniesionego w czasie wiosennych roztopów. Niekiedy znaki te są znacznie powyżej jednego metra w stosunku do letniego poziomu wody. Krutynia jest doskonałym przykładem żywej rzeki, bowiem poza wspomnianą śluzą i młyńskimi zastawkami, jej koryto nigdy nie było regulowane.

Mniej więcej po godzinie od wypłynięcia z młyna mijamy drogowy most we wsi Rosocha, a stad już niedaleko do charakterystycznego wysokiego, nadbrzeżnego pagórka z posadowionymi na szczycie ponad stuletnimi zabudowaniami folwarku. Warto zrobić tu krótką przerwę na posiłek jak też, aby zobaczyć resztki starych budynków. Postawiono je w typowy dla tych terenów sposób polegający na budowaniu fundamentu i szkieletu ścian z miejscowego kamienia wypełnianego czerwoną cegłą. Część budynków otynkowano, ale na ścianach pozostałych nadal można podziwiać jakość zeszłowiecznej cegły i umiejętności dawnych murarzy. Prawdopodobnie była to posiadłość bogatego gospodarza, który był także właścicielem opisanego wcześniej młyna? Warto też spróbować miejscowych specjałów: placków kartoflanych i pierogów z jagodami.

Od tego miejsca rzeka wpływa na rozległą, bagnistą nizinę. Płyniemy pośród torfiastych brzegów, porośniętych rachitycznymi pasmami olch. Na suchych, czarnych kikutach drzew można wypatrzyć obserwujące okolicę jastrzębie lub sylwetkę czapli. Dookoła ciągną się falujące na wietrze łany sitowia i trzcin i tylko gdzieś daleko, na granicy horyzontu, widać szczyt czerwonej wieżyczki kościoła. Jeszcze trochę i musimy uważać na prawy brzeg. Gdy ponad zielonymi oczeretami zobaczymy całą, kościelną wieżę oraz dachy zabudowań wiejskich to znak, że zbliżamy się do ujścia strugi łączącej Krutynię z jeziorem Duś, - proponuję skręcić!

Przed nami blisko kilometr niebywale atrakcyjnej trasy. Struga jest wąska, w jej korycie mieści się akurat pojedynczy kajak, ale na zamaszyste wiosłowanie już nie ma miejsca.

Wczesną wiosną płyniemy jakoby w korytarzu, który wyścielono dywanem z żółtych grążeli i białych grzybieni. Ich krągłe ciemno zielone liście lśnią w słońcu, kontrastując z seledynem młodych tataraków. Przy błotnistych wysepkach kołyszą się kępy niezapominajek, a nad głowami, z głośnym „kiwit” przelatują dziesiątki czajek.

Jesień zapewnia swoje atrakcje. Z pewnością będziemy musieli przebijać się przez zatory z unoszących się na wodzie kłączy, pęków sitowia i gałęzi oklejonych zwałami wodorostów. Taka naturalna tama, najczęściej usadawia się w przewężeniach koryta lub przybiera formę pływającej wyspy. Trzeba wtedy rozpędzić się i ominąć ją po krawędzi trzcin uważając, aby nie ugrzęznąć wśród zielska pełnego ślimaków, wodnych żuków i pająków. Te trudy, z pewnością wynagrodzą nam widoki łanów jasnobrązowych pałek, pachnące krzaki mięty i krążące wysoko bociany przygotowujące się do odlotu. Jesienią kwiaty też maja inną barwę. Jasną żółć i biel zastępują ciemne fiolety i głębokie czerwienie. Te barwy doskonale komponują się z rudziejącymi liśćmi olszyn i złocistymi, trzepoczącymi gałązkami brzóz. Przy brzegach rozrastają się wtedy gigantyczne krzaki, podobnego do kopru, gorysza błotnego, kwitnie tojeść, żywokost i niecierpek, wszystko oplecione pędami chmielu, fioletowej psianki i najróżniejszymi powojami. Kaczki już nie są tak skore do podrywania się w powietrze, ociężałe, spasione przed daleką wędrówką, chowają się w gęstwinie trzcin lub po prostu lekceważą turystów.

Struga kończy się w płytkiej zatoce jeziora Duś, a stąd już widać cel naszej podróży, - zabudowania byłego Klasztoru Starowierców. Piszę „byłego”, bowiem w 2006 roku zmarła ostatnia zakonnica, a nowych powołań nie widać. O starowiercach, czyli filiponach lub też staroobrzędowcach można przeczytać w szczegółowych informatorach dostępnych na miejscu. Tu chcę wspomnieć jedynie, że oprócz odwiedzenia kaplicy i miejsca pochówku sióstr zakonnych, warto zobaczyć, leżący w pobliżu stary cmentarz prawosławny. Najstarsze kamienie nagrobne, z ledwie widocznymi napisami mają zdecydowanie ponad 100 lat, są też i nowsze groby z charakterystycznymi prawosławnymi krzyżami i sentencjami rytymi cyrylicą.

W otoczeniu tych starych drzew, pochylonych krzyży i ciemnych ikon, czas niejako traci swój wymiar. Zanim wrócimy nad jezioro stańmy jeszcze na chwilę pod łukiem starej bramy z ikoną i krzyżem na szczycie. Popatrzmy na polną drogę wijącą się śród łanów zboża i w myślach przenieśmy się półtora wieku wstecz. Zapewne podobny krajobraz miała przed oczyma ówczesna przeorysza Jewpraksija, kiedy wypatrywała nowicjuszek przybywających z dalekiego Zagorska. Wejdźmy jeszcze na chwilę do kaplicy, poczekajmy na moment, gdy wyjdzie hałaśliwa grupa turystów i postarajmy się wychwycić tą specyficzną atmosferę, którą tworzą ciemne twarze spozierające z ikon, postarajmy się zrozumieć ich głęboką symbolikę. Albo po prostu postójmy parę minut w ciszy i spokoju.

Gdy wypłyniemy ponownie na Krutynię to czeka nas blisko pięciokilometrowy odcinek prowadzący wśród gospodarstw należących, początkowo do Wojnowa, a potem, do Ukty. Ten etap wędrówki ma dziwną właściwość. Gdy widzimy już zabudowania Ukty i wydaje się, że tylko kilkadziesiąt uderzeń wioseł dzieli nas od celu, rzeka wykonuje skręt, a budynki, niczym fatamorgana, znikają za pasmami trzcin. W końcu jednak dopływamy do betonowego mostu, a stąd już tylko niecały kilometr do stanicy PTTK w Ukcie.

 Ukta – nazwa ta jest nader dziwna i tajemnicza. Mam wrażenie, że pobrzmiewają w niej jakieś pradawne echa. Mnie przypomina się fragment z sienkiewiczowskiej trylogii, w której Tatarzy szyli z „uków” do rycerza nad rycerzy pana Longinusa Podbipięty. Oczywiście ze Zbaraża do Mazur trochę daleko, ale kto wie czy nie docierały tu zagony tatarskie. Oficjalnie mówi się, że nazwa i osada powstała w początkach XIX w. gdy nad Krutynię dotarli wygnani z Rosji starowiercy - filiponi. Oprócz wyznania przynieśli tu swoją kulturę, obyczaje i oczywiście nazewnictwo. Najwięcej rodzin osiedliło się właśnie tu, w dolnym biegu Krutyni, a w opisanym poprzednio Wojnowie, zwanym w czasach pruskich Eckendorfem, zbudowano cerkiew, a potem klasztor. W okolicy jest więcej miejscowości o dziwnych nazwach: Sworne Gacie, Zgon, Piecki czy dawne Pupy. Wszystkie te nazwy wzięło się z wielokrotnych przekształceń pradawnych słów, niekiedy pochodzących z zamierzchłych czasów plemion bałtyckich. Przekręcano je, zmieniano wraz z upływem czasu, dodawano polskie, ruskie lub niemieckie końcówki. Mazury to kraina, na której historia odcisnęła swoje najgłębsze piętno.

Stanica w Ukcie robi korzystne wrażenie. „góralskie” domki ustawione na wysokiej, nadbrzeżnej skarpie, skryta wśród drzew jadalnia, kolorowe klomby i nader sympatyczna obsługa. Jest też doskonałe miejsce do kąpieli, z krystalicznie czystą wodą i pełne kręcących się w dole ryb. Najważniejszy jednak jest panujący tu spokój i cisza. Kilkaset metrów pofałdowanych łąk i zagajników dzieli nas od osady i hałaśliwej szosy, skutecznie izolując od „cywilizacji”. Stanica leży na granicy rezerwatu im. M. Wańkowicza i to jest następna jej niezwyczajna atrakcja.

Gorąco polecam zwiedzenie najbliższej okolicy. Na spływie, z braku czasu, to niemożliwe, ale może dobry los kiedyś pozwoli Wam zatrzymać się tu przynajmniej na jeden dzień, aby lepiej poznać miejscowe atrakcje i ciekawostki. A jest ich niemało: stadnina koni w Gałkowie, Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, neogotycki kościół i drewniana cerkiew prawosławna, stare wiejskie chaty i nowoczesny Ośrodek Fundacji Polsko-Niemieckiej. Są stare ewangelickie cmentarze i jeszcze starsza aleja pomnikowych lip, prowadząca ongiś do położonego nad rzeką dworku. Niedaleko stąd zarówno do Mikołajek jak i do Rucianego, blisko też do Galindii i rezerwatu tarpanów w Popielnie.     

Natomiast na dzisiej chcę zaproponować coś specjalnego. Proponuję pieszy spacer przez puszczę. Na dokładnej mapie widać obszar ograniczony zieloną linią – to właśnie wspomniany rezerwat. Swym zasięgiem obejmuje dolinę Krutyni od stanicy aż do jeziora Gardyńskiego, z niewielkim wcięciem w Nowym Moście. Nie będziemy wchodzić na zamknięty teren, nam wystarczy kilkukilometrowy spacer jego wschodnią granicą. Dla wytrwałych proponuję zagłębienie się w lesie, po prawej stronie drogi. Tylko nie zapomnijmy włożyć długich spodni i solidnie posmarować się płynem przeciw komarom i kleszczom.

Przed nami prawdziwa puszcza, którą leśnik nazwie borem mieszanym i grądem. Ogromne dęby, imponujące wiązy, graby, sosny, świerki, chyba wszystkie znane mi rodzaje i odmiany drzew i krzewów. Wszystko podszyte paprociami, poduchami mchu lub ostrą trawą porastającą silnie pofałdowany teren polodowcowej moreny. Głębokie jary na dnie, których sączą się strużki czarnej wody, bagniste polany przykryte kożuchem mchów i sitowia, obok piaszczyste pagórki pachnące macierzanką lub gąszcze malin przeplecionych jeżynami. Są miejsca podobne do syberyjskiej tajgi gdzie na czarnej ziemi przycupnęły omszałe karłowate brzozy, są prześwietlone słońcem dąbrowy i czarne gęstwiny kłujących świerków. A ile tam śladów zwierząt. W błotnistych bajorkach dziki w nocy brały kąpiel i wycierały się o przybrzeżne drzewa. Jelenie, daniele i sarny pozostawiły wyraźne ślady swych eleganckich kopytek. W dziupli starego drzewa zapewne mieszka drapieżna kuna. Na korze widać ślady pazurków, a w trawie leży kilka kolorowych piórek. Jesienią warto wybrać się na poszukiwanie rzadkich gatunków grzybów. Przyznaję, nie jest to najlepsze miejsce na borowiki, ale za to można znaleźć wspaniałe okazy: szmaciaka gałęzistego, pięknoroga lepkiego, sarniaka dachówkowego. Są to, co prawda grzyby jadalne, ale ja proponuję poszukać ich raczej w celu zrobienia fotografii. To wspaniałe uczucie, gdy u podnóża sosny wypatrzy się strzępiasta kulę wielkości odpustowego balonu lub dziwny, brązowy kapelusz grzyba, który moja Babcia nazywała krowim językiem. Tu rosną chyba największe kanie, ich talerzowaty, brązowy kapelusz potrafi wystrzelić ponad otaczające go, kilkudziesięciocentymetrowe paprocie. A jakie wspaniałe, kolorowe huby usadowiły się na zmurszałych pniach, jakie kolosalne purchawki można spotkać na skraju lasu. Tu także po raz pierwszy w życiu natknąłem się na coś specjalnego. Przedzierając się przez gąszcz paproci poczułem w pewnym momencie zapach zepsutego mięsa. Już byłem pewien, że natknąłem się na jakąś padlinę, gdy zobaczyłem przed sobą kolonię grzybów. Biały trzonek z ciemniejszym czubkiem i charakterystyczny kształt, znany z poradnika grzybiarza, od razu przypomniał mi nazwę – sromotnik bezwstydny. Zatykając nos zrobiłem kilka zdjęć grzybów oraz zlatujących się do nich owadów i czym prędzej uciekłem.

Jestem przekonany, że w tym lesie, każdy znajdzie coś niezwykłego. Na mnie największe wrażenie zrobił ogromny dąb roztrzaskany na drobne części uderzeniem pioruna.

Po powrocie z lasu, wieczorem możemy pójść do sauny a potem zorganizować ognisko i posiedzieć, choćby do północy w jego ciepłym, migotliwym blasku. Jeśli będziemy mieli szczęście to może w świetle księżyca zobaczymy stadko saren pasących się tuż za ogrodzeniem stanicy.

 

>>> dalej - Etap Ukta - Nowy Most

Krutynia etap Krutyń - Ukta