Etap Zgon - Krutyń

ETAP 5 –Zgon – Krutyń

           

Jezioro Mokre można potraktować jako „połowinki” spływu, to jakby ostateczny sprawdzian umiejętności wodniackich, - dalej będzie z górki! Rzeczywiście dalsza część spływu jest łatwiejsza, oczywiście, gdy na Mokrym nie spotka Was północno - zachodni wiatr! Pamiętam taki spływ, gdy wszystkie kobiety z dziećmi poszły do Krutyni pieszo, a panowie sztormowali kilka godzin w zalewanych wodą kajakach. Byłem też w grupie, która widząc czerwony zachód słońca, postanowiła na Mokre wypłynąć przed godziną 6-tą rano, zamiast śniadania zabierając tylko suchy prowiant. Rzeczywiście wiatr z rana nie nabrał jeszcze swojej mocy i tego dnia tylko nasza grupa dotarła na obiad do stanicy! Inni dopływali późnym wieczorem, albo następnego dnia!

Ale zdecydowana większość spływów pokonuje jezioro przy pięknej pogodzie, niekiedy nawet z południowym wiatrem. Za każdym razem warto jest wkrótce po wyruszeniu skręcić w prawo i obok pierwszej wyspy wpłynąć w zatokę, aby pokłonić się pradawnemu dębowi. Dąb nosi nazwę, mazurskiego działacza i literata - Karola Małłka. A potem, potem płynie się po rozległej aż po horyzont tafli błękitno – zielonej wody. Można zatrzymać się w którejś z zatok przy prawym brzegu, wykąpać się, a potem podziwiać ogromne sosny z Królewskiego Rezerwatu. Dobrze wiedzieć, że w 16 i 17 wieku, te właśnie puszczańskie sosny były spławiane Krutynią, Pisą i Narwią, do Wisły, a potem dostarczane do wielu hanzaetyckich stoczni morskich, jako najlepszy materiał na maszty ówczesnych żaglowców!

Gdy już pokonacie te osiem kilometrów jeziora, zobaczycie przed sobą: najpierw stary mostek z poczerniałymi, ceglanymi przyczółkami a potem niewielkie rozlewisko przegrodzone pniami zwalonych drzew i rzędami spróchniałych, wbitych w dno czarnych pali. Od tego miejsca możecie powiedzieć sobie, że wpływacie na Krutynię. Oczywiście nie tak zaraz, bowiem przed Wami wznoszą się jeszcze okute zasuwy zapory wodnej. Na szczęście po prawej stronie jest drewniana pochylnia, po której bez większych trudności przeciągniecie kajaki, a przy odrobinie wysiłku to i dużą łódź można tędy przerzucić. Gdy kajaki gładko zjadą do wody, zacumujcie je w niewielkiej zatoczce i parę chwil poświęćcie na „rozpoznanie otoczenia”.

Tama, przy której stoicie spełnia nader ważne zadanie, bowiem reguluje poziom wody praktycznie na całym biegu Krutyni, podobną rolę spełnia młyn w Pieckach, ale tu decyduje się „być albo nie być” dla najpiękniejszego odcinka rzeki.

Jeśli przypłyniemy tu w końcu maja lub w początkach czerwca, gdy jezioro jest pełne wiosennych wód możemy zobaczyć jak przez tamę przewala się wodospad zielonkawo – żółtej wody. Wtedy dokładnie widać jak wielka jest różnica poziomów i jaki zasadniczy wpływ ma jego właściwa regulacja.

Jesteście na Jeziorkach Krutyńskich. Z tą nazwą jest trochę kłopotu i niejasności. Na jednych mapach widnieje ona w liczbie mnogiej jako jeziorka, na innych zaś jako pojedyncze jezioro. Osobiście skłaniam się do pierwszej wersji, ponieważ zawijasy i przewężenia akwenu pozwalają podzielić go na trzy lub nawet cztery części. Pozostawmy ten dylemat do rozstrzygnięcia biegłym geografom i hydrologom.

O tym i dwóch następnych etapach prowadzących po „prawdziwej” Krutyni chciałbym napisać nieco więcej. Ta rzeka i jej otoczenie ma specyficzny, niepowtarzalny urok. Jest tu coś takiego, że w wędrowcu budzą się na przemiany: pasja odkrywcy, zachwyt, jakaś głęboka więź z naturą, a niekiedy nostalgiczna zaduma. Oto garść moich wspomnień i osobistych doświadczeń.

Zaraz po przejściu tamy i przepłynięciu okolonego szuwarami kanałku powinniście skręcić w lewo, w wąski przesmyk wśród trzcin, ale nie śpieszcie się, tu jest tak pięknie. Puśćcie przodem „wyczynowców”, a sami popłyńcie przed siebie. Wystarczy parę razy uderzyć wiosłem i tylko patrzeć i tylko podziwiać.

Przypomina mi się w tej chwili wrześniowe popołudnie. Woda jeszcze ciepła, ale w powietrzu czuć już chłodne tchnienia jesieni. W nocy był pierwszy przymrozek. Zażółcił nadbrzeżne brzozy, oblał czerwonym winem liście dębów, niebo zamalował ciemnym odcieniem błękitu. Woda też jest inna, zniknął gdzieś zielonkawy odcień glonów, opadły na dno kożuchy wodorostów. Fala ma barwę stalowo niebieską, jest ostra, spieniona. Letnie fale przelewają się leniwie i łagodnie, ta zaś przy najlżejszym powiewie marszczy się w białych nerwowych grzywkach. Przy brzegach, wśród ciemno – zielonych trzcin kiwają się brązowe pałki, na zatopionych, murszejących pniach wygrzewają stada sennych kaczek. W cichej zatoczce, na zwieszonej nad wodą gałęzi, zgarbiona czapla wpatruje się we własne odbicie. Dziób kajaka, co chwila uderza w unoszące się na wodzie, grube jak męskie ramię, kłącza grążeli. Gdy wpływam do następnego jeziorka i wysoka ściana lasu zasłoni przed wiatrem, pojawia się niesamowite uczucie unoszenia jakby na powierzchni ogromnego zwierciadła. Słońce, chmury, nadbrzeżne drzewa, przelatujące mewy, nawet kajaki dublują się w dwóch symetrycznych, przenikających się nawzajem obrazach. Odruchowo przestaję wiosłować, aby niebacznym ruchem nie rozbić tego kruchego piękna.

A wiosną? Wiosną jest jeszcze piękniej. I latem także. Pięknie jest rankiem i wieczorem i w południe. Trzeba tylko zwolnić i wszystkimi zmysłami chłonąć otaczający nas świat. Dobrze, że cały obszar jeziorek i górny odcinek Krutyni został objęty ochroną jako rezerwat krajobrazowo – leśny.

Gdy będziecie mieli szczęście to przy prawym brzegu trzeciego jeziorka, wśród czarnych konarów zatopionych drzew wypatrzycie jaskrawo zielone narośla. Kształtem przypominają rozgałęzione rogi reniferów i są ginącymi pozostałościami nadzwyczaj rzadkiego gatunku gąbek słodkowodnych. W Europie można je zobaczyć zaledwie w kilku miejscach dalszego nurtu Krutyni, oraz na jednej z rzek w Hiszpanii.

Ale płyńcie dalej. Uważajcie tylko na ostrym zakręcie, który wyprowadza na czwarte, ostatnie już jeziorko, bowiem tuż pod lustrem wody sterczą pale po byłym mostku. Nie przedziurawią one kajaka, ale mogą porządnie wystraszyć, gdy nagłe uderzenie przechyli Was na bok.

W lejkowatej zatoce, z której wpływamy w koryto Krutyni od wiosny do jesieni kwitną żółte grążele, kupry nurkujących kaczek wystają nad wodą jak szare piramidki, a rodziny łabędzi podpływają pod samą burtę dopominając się groźnym sykiem o kawałek chleba.

W tym miejscu, muszę to napisać z przykrością, zaczynają się „masowe” spływy. W letnie weekendy dziesiątki kajaków startują stąd i płyną w hałaśliwych gromadach, tratując trzciny i płosząc ptaki. Uczestnicy tych, na ogół kilkugodzinnych imprez, wiedzą jedynie, iż kończą spływ przy jakimś czwartym, czy piątym moście. W znacznej części nie umieją wiosłować, nie znają przepisów i zasad obowiązujących na wodzie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ktoś z nich złapie wodniackiego „bakcyla” i wybierze się na prawdziwy spływ. A w razie, czego pomóżcie im, chociażby demonstrując prawidłową technikę wiosłowania, lub informując, ile jeszcze maja do przepłynięcia!

Po kilkudziesięciu metrach możecie odłożyć wiosła, prąd rzeki wyraźnie przyśpiesza unosząc kajaki przez najpiękniejszy odcinek naszego spływu. Te trzy kilometry do miejscowości Krutyń to prawdziwe cudo natury. Po kilkuset metrach miniecie resztki drewnianego mostu. Pamiętam czasy, gdy stał jeszcze w całości, ale gdy powstał rezerwat stracił swą rację bytu i dziś sterczą z wody jedynie kikuty czarnych podpór. Natura potrafi błyskawicznie rozprawić się z każdym ludzkim tworem. Jakże niesamowicie wyglądają pęki traw i kwiatów oraz mchy maskujące zieloną warstwą dębowe belki dawnych filarów.

Teraz wpływamy w tunel, a raczej w ogromną nawę gotyckiej katedry. Drzewa z obu brzegów rzeki pochylone ku sobie, sczepione gałęziami, tworzą zielone sklepienie. Promienie słońca, prześwitujące przez listowie niczym tysiące świeczek, rzucają na wodę migotliwe błyski, a głos kukułki udaje kościelną sygnaturkę.

Popatrzmy w dół, pod burtę łodzi. Krystalicznie czysta woda, złocisty piasek z tysiącami błyskających perłowo muszli i ryby. Wystarczy odrobina słońca, aby poczuć się jak w ogromnym akwarium. Tuż obok wstęgi wodorostów stoi nieruchomo stadko pasiastych okoni, nieco dalej pod dnem kajaka przemyka ławica srebrzystych uklei, a przy brzegu statecznie płyną czerwonookie płotki. Jeszcze więcej ryb spotkamy przy piaszczystej łasze przegradzającej koryto rzeki. Wpłyńmy w prawą odnogą, w wąski trzcinowy przesmyk, nie wiosłujmy, tylko patrzmy i podziwiajmy. Może uda się dostrzec młodego szczupaczka, który jak zielonkawy patyk stoi nieruchomo w prądzie wody. Wystarczy lekko ruszyć wiosłem, a „patyk” błyskawicznie skryje się w zielonym gąszczu moczarek.

Krutynia niesie nas coraz szybciej, są miejsca gdzie nawet trzeba nieco hamować, szczególnie wtedy, gdy prąd pcha łódkę na pień zwalonego drzewa lub wciska na piaszczystą łachę. Dno rzeki też zmienia się stopniowo. Coraz więcej kamieni i grubego żwiru. To ślady skandynawskiego lodowca, który aż tu przywlókł granitowe i bazaltowe głazy, pokruszył je, zmielił i wysypał w ogromnych warstwicach. Pod nami przelatują kamienie we wszystkich kolorach i odcieniach, od głębokiej czerni aż po jaskrawą biel. Warto zainteresować się tymi o intensywnej barwie czerwonego wina. Najczęściej to zwykły, szary otoczak, na którym osiadła kępka, jaskrawych krasnorostów. Nie zagapmy się, bowiem łatwo zaczepić o zwisającą nad wodą gałąź. Parę lat temu, już niedaleko od stanicy, konar wygięty w kształt litery „U” rytmicznie zanurzał się i wychylał z wody jakby witając przybyszów. Dziś już go nie ma, ale jest za to „małpi most” ze zwalonego drzewa, on też stanowi symboliczną bramę wiodącą do królestwa Krutyni. Uważajmy też na tutejsze dziesięcioosobowe „gondole”, którymi płyną grupy, na ogół zagranicznych turystów. Niemcy i Anglicy gubią gdzieś wrodzoną dostojność i zachowują się niczym dzieci na majówce. Spotkałem tu kiedyś grupę Amerykanów, którzy też byli zachwyceni, wręcz oczarowani krutyńskim rajem. Starsi panowie w panamach fotografowali wszystko dookoła, panie piszczały z zachwytu, a młodzież wręcz wisiały za burtą wpatrując się w kolorowe dno rzeki.

W Krutyni warto odwiedzić, znajdujące się w centrum, Muzeum Przyrodnicze, zobaczyć typowo mazurskie chaty, a także przejść się do nieodległych jeziorek z pływającymi wyspami. Dodatkowo przypomnę o Wańkowiczu i jego opisach Krutyni i Mazur, napomknę o miejscowym jarmarku i gospodzie serwującej miejscowe potrawy, - także warto się tym zainteresować.

 

>>> dalej - Etap Krutyń - Ukta

Krutynia etap Zgon - Krutyń